Nienawidziłem biegać (może ty też)
Zanim założyłem buty do biegania, była nadwaga, siłownia i redukcja, która się zemściła. Tak naprawdę zaczęła się ta historia.

Masochizm, desperacja, ból - te trzy słowa idealnie odzwierciedlają moje podejście do biegania jeszcze parę lat temu.
Na samą propozycję pójścia pobiegać reagowałem śmiechem, zwyczajnie traktowałem to jako żart.
Wszelkiego rodzaju sprawdziany biegowe na WF-ie powodowały we mnie pewien lęk, bo wiedziałem z czym to się wiąże. Kolejna zadyszka, obolałe nogi, dlaczego nie ping pong?
To pierwsza część o tym, jak ktoś, kto szczerze nienawidził biegać, zapisał się na maraton.
Komputer, płatki i dwie łyżki cukru
Nie będę ukrywał, większość czasu w młodości zabierał mi komputer. Od zawsze lubiłem grać w gry, oglądałem filmy na Youtube, w pewnym momencie robiłem swoje montaże z gier i tak to się jakoś kręciło.
Wiadomo, czasem się wyszło na rower, czasem pograło się w piłkę nożną z kolegami, ale jednak głównym zajęciem w dzieciństwie był komputer.

W dodatku, nigdy nie byłem świadomy co jem, ile jem, nie znałem pojęć takich jak kalorie, makroskładniki, słodziki. Kończyło się to tym, że przez większość czasu jadłem śmieci, bardzo tłuste albo bardzo słodkie dania (przykładowo do miski z płatkami i mlekiem potrafiłem dodać 1-2 ŁYŻKI cukru), piłem słodzone napoje i tak dalej.
Oczywiście łącząc te dwa czynniki, nie mogło się skończyć niczym innym jak nadwagą - zero mięśni, sam tłuszcz. Ta parada braku ruchu i obżerania nie mogła trwać wiecznie.
Moment oświecenia
Wiadomo jak to młody chłopak w liceum - zaczęły się pierwsze domówki, pierwsze związki, pierwsze osiemnastki, pierwsze formy większego integrowania się ze światem poza komputerem.
Dotarło wtedy do mnie, że może warto byłoby się wziąć za siebie, zadbać trochę o ten swój zwisający bebech i zrzucić parę kilogramów.
Pamiętam jak dziś ten moment - na jednej z domówek stawaliśmy po kolei na wadze i zobaczyłem liczbę, która mnie otrzeźwiła. To był moment przełomowy, dzięki któremu kupiłem swój pierwszy karnet na siłownię.
Początki nie były łatwe
Gdy pierwszy raz wszedłem na siłownię, nie do końca wiedziałem jak się zachować, nie wiedziałem do czego są te wszystkie maszyny, od czego zacząć, robić jakąś rozgrzewkę czy od razu zacząć ćwiczyć?
Pamiętam, że przez pierwsze parę tygodni, moje ćwiczenie wyglądało tak, że robiłem parę minut spaceru na bieżni i przechodziłem na maszynę do robienia brzucha - bo przecież od zawsze mówiło się o sześciopaku i od wtedy też go chciałem mieć.
Parę ćwiczeń na brzuch, jakaś maszyna na klatkę piersiową (bo akurat była jedyna wolna) i można było wracać do domu.
W ciągu tych paru tygodni zacząłem interesować się trochę tym tematem, obejrzałem parę filmików na Youtube, pogadałem z kolegą, który już wcześniej zaczął trenować i trochę wprowadził mnie do tego całego świata.

Nagle się okazało, że samo rozwijanie mięśni brzucha nie da mi świetnych efektów - po pierwsze przez to, że trzeba odkryć te mięśnie spod grubej warstwy tłuszczu, po drugie przez to, że trzeba rozwijać też inne partie mięśniowe, żeby wizualnie rosnąć.
Wtedy dowiedziałem się o pojęciu deficytu kalorycznego, a więc że żeby zacząć palić ten tłuszcz, muszę zacząć jeść mniej kalorii niż zużywam.
Skok na głęboką wodę
Wiadomo jak to młody, głupi, chciałem wszystko na szybko. W końcu nie mogę czekać ze zrzuceniem wagi niewiadomo ile czasu.
Z dnia na dzień stałem się innym człowiekiem. Zastąpiłem tramwaj spacerami, zacząłem pić dużo wody, trochę bardziej przykładałem się do WF-u w szkole.
Ale niestety chęć szybkiego zrzucenia wagi sprawiła, że zacząłem bardzo ograniczać jedzenie. Wycinałem nie śmieci, tylko normalne posiłki - śniadania, kolacje. Nie będę opisywał szczegółów, bo to nie jest instrukcja.
Wtedy tego nie wiedziałem, ale dziś wiem jak bardzo było to dla mnie wyniszczające, hamowało wszelkie efekty z ćwiczeń siłowych i jak bardzo odradzam takie podejście każdemu, kto chce zrzucić wagę.
Chodziłem stale zmęczony, ospały, nie miałem na nic ochoty i wiem, że nigdy już takiej formy redukcji się nie podejmę.
Jeśli to czytasz i widzisz w tym siebie, pogadaj o tym ze specjalistą, dietetykiem albo psychologiem. Uwierz, że warto.
Półtora etatu i powrót kilogramów
Przez następne parę lat utrzymywałem w miarę normalny poziom tkanki tłuszczowej, okazjonalnie chodząc na siłownię.
Sytuacja prywatna sprawiła, że w pewnym momencie przestałem kompletnie ćwiczyć i pracowałem na półtora etatu, jednocześnie sporo jedząc. Niestety - waga wróciła.
Wróciłem na siłownię, chodziłem na nią parę razy w tygodniu. Waga schodziła opornie, mimo dość skrupulatnego liczenia kalorii.
Pomimo szczerej nienawiści do biegania, postanowiłem robić krótkie marszobiegi na bieżni (1-2 km), aby dopalić jeszcze trochę tego tłuszczu. Los chciał, że rodzice miesiąc wcześniej sprezentowali mi zegarek Garmina, więc zarejestrowałem na nim swoją pierwszą aktywność - głównie po to, żeby zobaczyć jakie on w ogóle ma funkcje.

23 stycznia 2025. 1,63 kilometra, tempo 8:51 min/kilometr. Cztery takie biegi, po czym trzy tygodnie przerwy.
Niecałe dwa lata później 32 kilometry w tempie 6:19 min/kilometr.

Między tymi dwoma biegami wydarzyła się jedna rozmowa w pracy. Opowiedziałem koledze o tych marszobiegach, a jego odpowiedź sprawiła, że cała ta przygoda nabrała tempa.
Ale o tym w następnym wpisie.