Przejdź do treści
pobiegany
DrogaBieganiePoziom: Start

25 kilometrów, po których przestałem biegać

Jedno zdanie kolegi z pracy sprawiło, że w trzy miesiące zamieniłem półtora kilometra na bieżni do dwudziestu pięciu po ulicach Krakowa. A potem przez rok prawie nie biegałem.

5 min czytaniaKategoria: DrogaDyscyplina: bieganiePoziom: start

"Parę miesięcy temu przebiegłem nieoficjalny półmaraton, nie myślałeś może, żeby spróbować pobiegać na zewnątrz?"

Te słowa powiedział mój kolega z pracy, po tym jak pochwaliłem mu się moimi marszobiegami na bieżni.

Na początku zareagowałem śmiechem, ale zasiało to w mojej głowie dwa pytania. Jak to jest możliwe, że przebiegł taki dystans (niewyobrażalny dla mnie na tamten moment) i to, czy ja kiedykolwiek byłbym w stanie tyle przebiec.

W miarę szybko przeszliśmy na inne tematy, ale pytania w głowie pozostały i były na tyle nurtujące, że niedługo później po raz pierwszy stanąłem nad Wisłą w butach treningowych.

Pierwsze wyjście za drzwi

20 lutego 2025, 6,6 kilometra w tempie 7:14 min/km - pierwszy bieg jaki zrobiłem poza ścianami siłowni.

Wyznaczyłem sobie za cel przebiec co najmniej 4 kilometry.

Było to ciekawe doświadczenie, nie spieszyłem się, słuchałem muzyki i co kilkadziesiąt metrów zerkałem na zegarek, żeby zobaczyć ile już przebiegłem. Podobało mi się zmieniające się otoczenie, niska temperatura, witający się ze mną inni biegacze (poczułem się częścią tej społeczności), swego rodzaju wolność.

Trasa wydawała mi się bardzo długa jak na te 4 kilometry, dalej się głowiłem jak można przebiec prawie 5 razy tyle, już nie mówiąc o maratonie.

Finalnie się udało, na zegarku lekko ponad 4 kilometry, tętno jeszcze trochę wysokie, nogi bolą, ale ważne że wykonałem plan. Nie potrafię opisać zdziwienia jakie miałem na twarzy, gdy na telefonie ujrzałem dystans 6,6 kilometra - myślałem, że to jakiś błąd. Okazało się, że w zegarku miałem ustawiony dystans na mile, dlatego zakładane 4 kilometry minęły szybciej niż się spodziewałem.

Wpadłem w to na całego

Zacząłem biegać regularnie 2-3 razy w tygodniu, cały czas ta sama trasa. Do tego kupiłem swoje pierwsze buty do biegania Asics Gel-Nimbus 27, które zostały mi polecone w jednym z krakowskich sklepów z takim asortymentem.

Powiedziano mi, że dla osób z większą masą będzie to dobry wybór, ze względu na bardzo dobrą amortyzację w tym modelu. Wydatek był spory, bo niecałe 1000 zł, ale postawiłem bezpieczeństwo swoich stawów ponad wszystkie pieniądze.

Jeden zły wzór

Początki mają to do siebie, że popełniamy w nich wiele błędów, o których nawet nie wiemy. Tak samo było ze mną i moją drugą strefą tętna. Termin ten przewijał się w mojej głowie odkąd zacząłem oglądać więcej treści związanych z bieganiem, ale nigdy się nad nim bardziej nie pochylałem.

Któregoś dnia zagłębiłem się w ten temat, przeczytałem że warto większość biegów robić właśnie w tej strefie, więc tak też zacząłem biegać.

W garminie sprawdziłem swoje strefy, które domyślnie były wyliczone metodą 220 - wiek.

Niestety metoda ta, nie uwzględnia tętna spoczynkowego, więc górna granica mojej drugiej strefy była dla mnie dość nisko, przez co zamiast biegania, robiłem praktycznie same marszobiegi (gdzie w 70%-80% maszerowałem, bo tętno za szybko szybowało do góry).

Tym sposobem "biegałem" przez następne parę miesięcy.

Bieg Nocny w Krakowie

Z tym samym kolegą, który zachęcił mnie do biegania, zapisaliśmy się na Bieg Nocny w Krakowie (2025). Ukończyłem 10 kilometrów w czasie 1:04:20 (tempo 6:17 min/km). Czas nie był spektakularny, ale celem było dobiec na metę, zobaczyć jak to jest.

Emocje, które odczuwałem w trakcie całego dystansu, były nie do opisania. Zablokowane ulice tylko dla nas, głośno kibicujący nieznani mi ludzie, poprzebierani biegacze, osoby biegnące z wózkami, pierwszy medal na mojej szyi i przede wszystkim wielka satysfakcja.

Wtedy zrozumiałem, że 10 kilometrów to dopiero początek i że w 2026 roku przebiegnę maraton.

Maraton bez planu

Jak już wcześniej wspomniałem, początki mają to do siebie, że popełniamy w nich wiele błędów i tym razem nie było inaczej. Podekscytowanie przyszłorocznym maratonem szybko zweryfikowała rzeczywistość.

Podszedłem do tego bez szacunku, bez planu, bez struktury. Uznałem, że jeden long run w tygodniu ze zwiększającym się dystansem i jakoś to będzie.

I może faktycznie, na początku jakoś to było. W tygodniu 1-2 biegi na tym samym dystansie, a w niedzielę long run o 2-3 kilometry więcej niż poprzednio (dalej wykonując marszobiegi).

Pierwszy long run zrobiłem dziewięć dni po pierwszym biegu na zewnątrz. Szesnaście kilometrów, średnie tempo 8:28 min/km, żeby utrzymać się w drugiej strefie.

Dystans rośnie za szybko

Przy bardzo nieefektywnej technice, bardzo niskiej kadencji, braku rozciągania, rolowania i zbyt szybko rosnącym kilometrażu, moje nogi szybko zaczęły mówić "stop". Z początku to ignorowałem, myślałem że ból przy kolanie to naturalny efekt uboczny biegania i że organizm sam sobie z tym poradzi.

Niestety, nic bardziej mylnego. Po tym jak boleśnie doszedłem do 21 kilometrów dystansu, na następny long run wybrałem się do Wieliczki. Dobiegłem resztkami sił pod dom, usiadłem na ławce i nie miałem już siły wstać.

25 kilometrów, 3:00:41. Strava wyceniła ten bieg na 380 punktów Relative Effort - do dziś najwyżej ze wszystkich moich aktywności. Dla porównania - 32 kilometry z tego roku kosztowały mnie niecałą połowę tego wysiłku.

Przez następne parę tygodni czułem spory dyskomfort w okolicy kolana. Byłem w stanie chodzić, ale z każdym krokiem to odczuwałem. Robiłem dalej krótsze biegi, ale był to mój ostatni long run przez długi, długi czas.

Bieganie zeszło na dalszy plan, ale nie przestałem się ruszać. Zacząłem więcej chodzić po górach, które pozwoliły mi również budować dobrą bazę tlenową. Zaliczyłem sporo tatrzańskich szczytów, wliczając także najwyższy z nich w Polsce czyli Rysy.

Czego się nauczyłem?

Z tej krótkiej przygody wyciągnąłem parę wniosków. Przede wszystkim to, że warto celować wysoko, ale mierzyć siły na zamiary i podchodzić do wszystkiego z głową. Nie zwiększać dystansu zbyt dużymi krokami, bo to bardzo szybka droga do kontuzji. W dodatku nie miałem nikogo, kto by mnie sprawdził, nie wiedziałem w jakiej kondycji jest moje ciało. Rok później pierwsze, co zrobiłem to wizyta u fizjoterapeuty.

18 kwietnia 2026 stanąłem na starcie tego samego biegu, a dzień później wyszedłem na balkon i zobaczyłem tabun ludzi, który zmotywował mnie do powrotu do swojego pierwotnego pomysłu.

Ale o tym w następnym wpisie.

Tagipierwsze krokistrefy tętnakontuzjestartybuty

Powiązane wpisy

Raport z tygodnia,
w każdy piątek

Wypisujesz się jednym klikiem. Zero spamu.